Z pamiętnika wojennego Jerzego Drozdowskiego (6)
W partyzantce sowieckiej byli ci, którym udało się uciec z niewoli niemieckiej, ale też ci ze zrzutu, których zadaniem było niszczyć transporty broni i wojska na Wschód. Jednym z nich był Sasza, bardzo młody, może osiemnastoletni chłopiec spod Charkowa. Nazywaliśmy go kolejarzem, bo chodził stale w bardzo wytartej czapce kolejarskiej. Zapamiętałem jego miłą, szczerą, słowiańską twarz i wesołe oczy, oczy dziecka. Był specjalistą od podkładania min pod linie kolejowe. Była to ciężka, odpowiedzialna praca, a wręcz bohaterskie poświęcenie. Ale Sasza opowiadał to takim tonem, jakby chodziło o wycieczkę. Na tę wyprawę szło się w cywilnym ubraniu, zniszczonym, żeby wyglądać jak wiejski obdartus idący do roboty w lesie. Nikt nie przypuszczał, że w jego kieszeni była mina. Sama operacja wyglądała tak: trzeba było zakopać minę, dalej o kilkanaście metrów zapalić lont, potem szybko uciekać. Najlepiej było to wykonać pod osłoną nocy, tam gdzie obok torów był las. Jedno opowiadanie Saszy utkwiło mi na zawsze w pamięci. «Poszło nas dwóch – mówił Sasza – Wasia i ja. Wasia chłop na schwał. Ubezpieczał mnie, a taki ułomek jak ja – roześmiał się po swojemu szeroko – całe zadanie musiałem wykonać. Mieliśmy meldunek, że pociąg towarowy będzie przyjeżdżał z ładunkiem broni na Wschód. Był późny wieczór. Wszystko szło zgodnie z planem. Zadanie wykonałem. Uciekłem, padłem na ziemię i – usłyszałem silną detonację i krzyk ludzi. Kiedy składałem meldunek w komendzie o wykonaniu zadania, dowiedziałem się, że przed tamtym transportem broni puścili pociąg z żołnierzami niemieckimi jadącymi do domu na urlop. Słuchający milczeli. Ktoś się odezwał: ilu ludzi zginęło? Sasza – młody chłopiec o oczach dziecka odezwał się: «To nie byli ludzie, tylko Germańcy. Straszny powiew wojny: wróg, czy człowiek.
autor: Maria Drozdowska