Tylko we Lwowie
Osatnio, przez kilka dni z gimnazjalistami i licealistami ze Szkoły Społecznmej w Kłodzku, w ramach “zielonej szkoły, byliśmy we Lwowie...
Oczywiście zanim wjechaliśmy na teren Ukrainy, odczekaliśmy trzy godziny na granicy. Niektórzy moi znajomi dziwili się, że tak krótko – ja już trochę odzwyczaiłem się od takich “granic”, jeżdżąc bezproblemowo na Zachód. Stojąc po stempel graniczny obserwowaliśmy “życie na granicy”: sennie poruszających się ukraińskich pograniczników i celników – wiadomo, urząd trzeba szanować, więc nie ma co się spieszyć. Za to “obywatele” na piechotę i w różnorodnych pojazdach nie tracili czasu – przemycając co się da i jak się da – nierzadko po wręczeniu łapówki (nie bardzo ktokolwiek się z tym krył).
Jadąc od granicy do Lwowa chwaliłem stan polskich dróg – u naszych wschodnich sąsiadów trudno było jechać szybciej niż 50 na godzinę, bo dziury na to nie pozwalały. We Lwowie obowiązują jakieś lokalne przepisy drogowe. Przede wszystkim parkuje się na środku jezdni, bo po bokach biegną torowiska. Setki, tysiące samochodów stoi więc na osi ulicy, omijane przez pozostałych użytkowników ulic. W staromiejskim centrum miasta przez cały pobyt naliczyłem może trzy znaki ograniczenia prędkości i jeden zakaz zatrzymywania się i postoju. Zresztą i tak nikt ich nie przestrzegał. Kostka brukowa pamięta zapewne czasy Franciszka Józefa, bo jest makabrycznie powyginana i jeździ się po niej jak po crossowym torze. Światła – po co światła, i tak nie regulują żadnego ruchu. Kto pierwszy, kto większy, kto ma lepszy refleks – ten jedzie, kto nie ma – ten stoi.
Budynki Lwowa – urzekają urodą... To jest po prostu piękne miasto, w którym każdy z nas czuł się jak u siebie. To niesamowite wprost wrażenie, zwłaszcza, że byłem tam pierwszy raz. Jest jakaś magia ulic, pomników, zaułów, kamienic, pałacyków, kościołów, cerkwi, skwerów, parków... Na Cmentarzu Łyczakowskim nie sposób nie spędzić wielui godzin – po prostu otaczają nas grobowce i pomniki tak wielu sławnych i ważnych dla Polski ludzi, że co chwilę zatrzymujemy się, by powspominać lub podziwiać kunszt artystów nagrobków. W części cmentarza poświęconej poległym w latach 1918–21 – czyli Cmentarzu Orląt Lwowskich – czysto, podniośle, rzewnie... Jeden z gimnazjalistów poszukuje nerwowo grobu swojego pradziadka... Pomaga mu kilku kolegów, ale mogił jest tak wiele, a rzędy nie mają jeszcze numeracji, że nie możemy odnaleźć tej właściwej. Widząc naszą krzątaninę pomaga nam pilnujący od rana do wieczora mogił staruszek, który “na pamięć” trafia do wspomnianego z nazwiska grobu. Gimnazjalista zapala znicze, modli się, robimy pamiątkową fotografię – dla rodziny w Kłodzku.
Spacer po Lwowie trwa, odkrywamy kolejne ciekawe miejsca i zabytki. Wędrujemy też ulicami tego miasta późnym wieczorem, do 23-j. Na głównym prospekcie tłumy młodych ludzi, rozgadanych, przyjaznych, ciekawych świata... W bocznych uliczkach pusto, nastrojowo, tajemniczo, trochę straszno... Umęczeni trafiamy do hotelu, który powstał po przerobieniu .... 16-pietrowego bloku na wielkim lwowskim osiedlu. Zaskoczeni jesteśmy czystością, elegancją, wykwintnym i obfitym jedzeniem. Każdy pokój ma łazienkę, nowoczesne i nowiutkie meble, piękną pościel, dywany i firany. Po prostu żyć nie umierać! Dziwi nas tylko mocna warta na portierni oraz skrupulatność w zamykaniu na klucz wszystkich możliwych drzwi. W nocy za oknami słyszymy na osiedlu opodal hotelu strzały z broni palnej... Wiele strzałów. Widzimy też odbłyski strzelaniny... Czyżby nie do końca tu było bezpiecznie?... Co się tam dzieje?
Następne dni przynoszą kolejne wrażenia i przygody we Lwowie, Żółkwi, Drohobyczu.... ale to już kolejne opowieści...
autor: Janusz Laska