Poprawka z algebry
W 8 numerze GP ukazał się mój artykuł p.t. “Polska droga do euro”, który wzbudził u P. Pokrywki wątpliwości dotyczące umiejętności liczenia autora (GP11, “Kłopoty z liczeniem”). Dziękuję Panu za czas poświęcony lekturze, obawiam się jednak, że nie nazbyt dokładnej. Ponieważ leitmotivem mojego artykułu były ewentualne problemy z wejściem Polski do Unii Monetarnej nie zaś wartościowanie samego akcesu nie poczuwam się do zarzucanego pobieżnego potraktowania kwestii korzyści i kosztów przyłączenia do strefy euro. Skoro jednak istnieje potrzeba wyjaśnienia pewnych kwestii, odpowiem na stawiane przez Pana pytania.
Pyta Pan: dlaczego euro a nie dolar? Ano dlatego, że położenie geograficzne Polski ukształtowało się historycznie tak, że leżymy w Europie a nie Ameryce Północnej, a co za tym idzie ponad 70% obrotów handlowych Polski z zagranicą to obroty nominowane w euro (zaś tylko niewiele ponad 20% w USD) i odsetek ten ze względu na obecność Polski w UE stale wzrasta. Również dlatego, że nasze towary eksportowane do krajów Unii nie są obarczone cłami, zaś pozostałe ograniczenia wymiany kapitałowo- ludzkiej będą zanikać, co spowoduje dalsze, jeszcze mocniejsze związanie Polski z tą częścią świata. W takiej sytuacji związanie złotówki z USD nie odniosłoby porządanych skutków (mamy dolara a handlujemy z eurolandem i rozliczamy się w EUR), zamieniłoby jedynie ryzyko kursu wymiany z EUR/PLN na EUR/USD. Co do “owych cudów”: pozostanę na stanowisku, że wymienione przeze mnie korzyści są naturalną konsekwencją likwidacji pewnego rodzaju ryzyka gospodarowania i ciężko je traktować w kategoriach zjawisk nadprzyrodzonych. Chętnie zajmę się nimi dokładnie w osobnym tekście, teraz przejdę do przytoczonych w Pańskim artykule wad wspólnej waluty. Ponieważ usiłuje Pan przekonać Czytelników, że przyjęcie EUR wywoła w Polsce hiperinflację porównywalną ze wzrostem inflacji w Niemczech (zgodnie z przytaczanymi liczbami 95%)- garść danych na temat niemieckiej inflacji po akcesji: ceny wzrosły jednorazowo o ok. 1–2% (wskutek wspomnianych przez Pana zaokrągleń w górę) poza turystyką i gastronomią, gdzie wzrost sięgnął 50–100%, jednak ze względu na drastycznie spadający popyt bardzo szybko wróciły do poziomu sprzed akcesji (za pizzę w Duesseldorfie w zeszłym roku płaciłem 9 EUR, taka sama pizza kosztowała wcześniej 17 DEM). W okresie 2000–2003 inflacja u naszych zachodnich sąsiadów wzrastała średnio o 1.45%, ani razu nie przekraczając 2%! Przyjęcie EUR przez Polskę prawdopodobnie spowoduje porównywalny jednorazowy wzrost wskaźnika inflacji, niemniej nie uważam, że należy drzeć z tego tytułu włosy z głowy.
Teraz sprawa niskiego wzrostu gospodarczego. Faktycznie, gospodarka europejska popadła w recesję, jednak przyczyn zahamowania wzrostu upatrywałbym raczej w niewydolnym systemie socjalnym, zbyt dużym obciążeniu podatkami i wzajemnymi powiązaniami kapitałowymi. Tu konieczne są reformy, zerwanie z modelem państwa opiekuńczego i obniżenie podatków – zmiana ustroju społeczno-fiskalnego. Proszę zauważyć, że np. Irlandia, oparta na anglosaskim modelu gospodarowania (który i mi zdecydowanie bardziej odpowiada), osiąga bardzo dobre wyniki – to polityka wewnętrzna a nie waluta decyduje bowiem o stanie zdrowia gospodarki.
Odnosi się Pan również do pojęcia “węża walutowego”. Otóż aby innym ekspertom ekonomicznym włosy nie stawały dęba, czuję się w obowiązku sprostować: system węża walutowego istniał w latach 1971–79 i Wielka Brytania była jego członkiem, w 1979 roku został zastąpiony systemem ERM (Exchange Rate Mechanism) i również w nim uczestniczyła WB aż do początku lat 90, kiedy ze względu na słabość własnej gospodarki, waluty i nasilające się ataki spekulacyjne musiała ten system opuścić.
Kończąc może nieco przydługą odpowiedź na Pański artykuł chciałbym życzyć Czytelnikom miłej lektury, samych rzetelnych informacji i jak najmniejszej liczby specjalistów “od wszystkiego”.
autor: Jakub Szulc