Co ma ordynacja do gospodarki?
(komentarz wygłoszony na antenie Katolickiego Radia Rodzina Rozgłośni
Archidiecezji Wrocławskiej, 92 FM, 18 stycznia 2005, godz. 9.00 i 21.30)
Kilka dni temu (10 stycznia 2005) w dzienniku „Rzeczpospolita” pojawił się artykuł zatytułowany „Droga wyjścia ze stanu niemocy”, którego autorami są dwaj znani ekonomiści, Andrzej Bratkowski, były wiceprezes NBP, i prof. Jacek Rostowski, wykładający ekonomię na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Artykuł ten tym różni się od wielu innych publikacji na modny temat „naprawy Rzeczypospolitej”, że w sposób niezawoalowany i niedwuznaczny, wiąże perspektywy sanacji ekonomicznej kraju z koniecznością przeprowadzenia zasadniczych reform ustrojowych, w tym, w pierwszym rzędzie, postuluje zmianę ordynacji wyborczej do Sejmu, która gwarantowałaby wyłonienie silnej większości parlamentarnej, a za taką Autorzy uważają jednomandatowe okręgi wyborcze. (Wprawdzie zaraz piszą „lub powrót do systemu d’Hondta”, ale jest to chyba jedynie ucieczka od zbyt jawnej jednoznaczności, gdyż system d’Hondta był już w Polsce wiele razy przetestowany, zarówno w wyborach parlamentarnych, jak i samorządowych, i wiadomo, że nie prowadzi on do pożądanego efektu i nie wyłania „silnej większości parlamentarnej”.)
Wiedzę na temat znaczenia i funkcjonowania JOW Ruch na rzecz JOW upowszechnia od lat, ale wciąż i wciąż wypowiadają się publicznie ignoranci, którym się wydaje, że jeśli posłów wybiorą ludzie w okręgach jednomandatowych, i nie będzie to jedynie głosowanie na kandydatów uprzednio wybranych przez partyjnych bonzów, to powstanie parlament„od Sasa do Lasa”, rozdrobniony, frakcyjny i niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Dobrze, że czasem zabierają też głos ludzie wykształceni i posiadający wiedzę o otaczającym nas świecie, wiedzę bynajmniej nie tajemną, ale która jest wszystkim dostępna. A mianowicie, że tam, gdzie wybory odbywają się w okręgach jednomandatowych, tam mamy do czynienia z silnymi większościami parlamentarnymi, ze stabilnymi rządami, z trwałą i spójną strukturą partyjną. Tam zaś, gdzie jak w Polsce, wybory odbywają się według list partyjnych, w tak zwanym systemie proporcjonalnym, obojętnie w jakiej mutacji, tam wszędzie mamy parlamenty rozbite, niezdolne do wyłonienia stabilnej parlamentarnej większości, rządy słabe i sezonowe.
Jest rzeczą prawie oczywistą, że silne, stabilne rządy, mają znaczenie zasadnicze, przede wszystkim dla gospodarki. Ta prawda nie dla każdego jest zrozumiała, tym bardziej, że w Polsce politycy wydają się interesować wszystkim, ale nie poszukiwaniem jakichś sensownych rozwiązań ekonomicznych. Nawet jeśli rozmawiają o sprawach tak istotnych jak kwestia ORLEN-u czy prywatyzacja PZU, to, słuchając przesłuchań komisji śledczych, łatwo zauważyć, że zupełnie inne sprawy, niż bogactwo i dobrobyt narodowy, są największą troską tak przesłuchujących, jak i przesłuchiwanych.
Ekonomista brytyjski, James Sproule, w artykule opublikowanym w „The Wall Street Journal Europe”, wyjaśnia, że jednym z nieuniknionych skutków tzw. ordynacji proporcjonalnej jest wysoki deficyt budżetowy państwa, które nie jest w stanie przeciwstawić się naciskom ze strony partyjnych koterii. Nie jest rzeczą przypadku, że kraje, w których stosunek zadłużenia państwa w stosunku do Produktu Krajowego Brutto jest najniższy, to kraje z JOW, a więc USA, Wielka Brytania czy Francja. W Polsce, według danych oficjalnych, dług publiczny przekracza połowę PKB i stale rośnie. Rosną także koszty obsługi długu. Nie ma wątpliwości, że jednym z zasadniczych elementów tego procesu jest fatalny system wyborczy. Dr Wisła Surażska, badając budżety gmin, w których zmieniono ordynację wyborczą i wprowadzono, w miejsce JOW wybory na listy partyjne, zauważyła natychmiastowy wzrost deficytu budżetowego. Trudno, żeby było inaczej: każda partyjna struktura, aby mogła istnieć i funkcjonować, musi znaleźć na to pieniądze, a ponieważ wszystkie partie krajowe, jak i lokalne, nie cieszą się sympatią obywateli, więc ze składek partyjnych w żaden sposób utrzymać się nie są w stanie. Jak się wydaje, liczba członków wszystkich partii politycznych w Polsce nie przekracza 200 tysięcy. Wg oficjalnych danych, w kampanii wyborczej roku 1997, zarówno AWS, jak i SLD wydały na wprowadzenie jednego posła do Sejmu ok. 1 milion złotych. Możemy więc przyjąć, że tyle mniej więcej to kosztuje. Posłów jest 460, senatorów 100, załóżmy, że koszty ogólne wynoszą 500 milionów złotych. Jeśli tę kwotę podzielimy przez liczbę (zawyżoną) 200 tysięcy członków partii, wyjdzie nam, że jedna tylko kampania wyborcza to obciążenie każdego „partyjnego”, obojętnie czy on „czerwony” czy „zielony” kwotą ok. 2,5 tysiąca złotych. Proszę mi pokazać takich ofiarnych członków, którejkolwiek partii, gotowych wydać takie pieniądze na samą tylko kampanię wyborczą? A gdzie są ogólne koszty funkcjonowania partii, gdzie czynsze, gdzie samochody, gdzie telefony, gdzie podróże krajowe i zagraniczne? Itd., itp.
autor: Jerzy Przystawa