WARSZAWA DA SIĘ LUBIĆ?
Pierwszą reakcją na zadane mi pytanie: “Co Warszawiacy sądzą na temat prowincji?” było wzruszenie ramionami. A co niby mają sądzić? Tak jak większa część mieszkańców kraju nad Wisłą tak tutaj prawie każdy skupiony jest na własnych wyłącznie problemach. W Warszawie może nawet bardziej, ze względu na najsilniejszy wpływ kultury materialnej Zachodu. Codzienna walka o lepszy byt pochłania za dużo energii by myśleć o czymś innym. Kiedy kilka tygodni temu w części miasta na kilka godzin zgasło światło następnego dnia nikt nie pamiętał o tym, że przed zaledwie kilkudziesięcioma godzinami przez Polskę przeszła wichura, która kilkadziesiąt tysięcy osób pozbawiła na długi czas elektryczności a kilkaset rodzin zostało bez dachu nad głową, wszyscy za to usiłowali znaleźć winnego odpowiedzialnego za pozbawienie możliwości obejrzenia “Wiadomości”. Ale czy nie jest tak, że to co bliżej nas, choćby zupełnie błahe, dotyka w sposób bez porównania większy niż odległe tragedie? Współczucia i poczucia więzi z innymi też nie można Warszawiakom odmówić: po ukraińskich wyborach Warszawa nagle, z dnia na dzień, zrobiła się pomarańczowa: marsze, pikiety, pomarańczowe szale albo przynajmniej kokardki w klapach płaszczy – nie da się więc jednoznacznie zaklasyfikować stolicy jako miasta nieczułego na zewnętrzne bodźce...
A więc co mieszkańcy Warszawy tak naprawdę sądzą o prowincji? Konkluzja do której doszedłem była bardzo zaskakująca. Spojrzałem na swoich najbliższych współpracowników: Radom, Giżycko, Garwolin, Kielce, Katowice, Białystok, Kutno, Wrocław... Na dwanaście osób z mojego najbliższego otoczenia doliczyłem się ośmiu napływowych. Po zastanowieniu okazuje się, że ci którzy mogą poszczycić się czteropokoleniową przynajmniej “warszawskością” są w mniejszości. To my stanowimy o charakterze tego miasta, a każdy ma w sobie jakąś cząstkę swojej Małej Ojczyzny. Każdy z nas, “obcych” tutaj niesie ze sobą bagaż wspomnień z okresu dorastania, rodzina i krewni są tam gdzie się wychowaliśmy, w mieszkaniach można pooglądać zdjęcia i pamiątki. Warszawa dla dużej części jej mieszkańców nie jest czymś wyssanym z mlekiem matki – jest wynikiem nierzadko bolesnego procesu własnych racjonalizacji – zaadaptowanym na potrzeby własne ciałem obcym. Co ciekawe – większość moich “pozawarszawskich” znajomych z Warszawy weekendowego wypadu w rodzinne strony nie nazywa inaczej jak “wyjazd do domu”, niezależnie od długości warszawskiego stażu. W tej ponaddwumilionowej aglomeracji co kilka- kilkanaście dni wpadam na ulicy na kogoś z Kłodzka, Polanicy, Lądka, Stronia... Ostatnio z inicjatywy mojego młodszego kolegi z LO, Pawła Dudka, powstała grupa “Dolnoślązacy w Warszawie” zrzeszająca ludzi dumnych ze swojego regionu, którzy zastanawiają się jak wykorzystać swój potencjał z korzyścią dla Kłodzka, Świdnicy czy Wrocławia.
Przynajmniej dla części emigrantów warszawskich polska prowincja nie jest czymś odległym i nierzeczywistym, lecz wręcz przeciwnie – choć wyidealizowana przez lata jest ciągle żywa, jest celem powrotów.
autor: Jakub Szulc
(autor pracuje w Banku BPH na stanowisku Chief Dealera, posiada uprawnienia Dealera. Nadzorującego na GPW, numer licencji 0002, ekspert ekonomiczny PO Kłodzko)